Na chwilę proszę zapomnieć o chronologii wydarzeń mającej miejsce na blogu. Postanowiłem opisać jak się ma informacja turystyczna w Bośni i Hercegowinie. Korzystaliśmy z niej trzykrotnie - w Blagaju, Sarajewie i Medjugorie. Najczęściej źródłem naszych zainteresowań były połączenia autobusowe, bardziej szczegółowo interesowały nas konkretne godziny odjazdów.
Blagaj - Mała budka, która mieści się ona tuż przy zjeździe w dół do źródła Buny i Domu Derwiszów. Siedzi tam miły, młody chłopak, który w miarę orientuje się, co dzieje się w okolicy i starał się pomóc jak mógł. Bez rozkładu jazdy określił, kiedy przyjedzie autobus. Rozkład też się znalazł - w restauracji vis a vis przystanku autobusowego. Proponuje xero jakieś zrobić. Za dobre chęci 4/5.
Sarajewo - Tourist Info mieści się w jednym z kiosków sprzedającym pamiątki na Starym Mieście, niedaleko studni Sebijl. Informacja jest dobra, rzeczowa i konkretna. Pan tam siedzący ma rozkłady jazdy, można zaopatrzyć się w jakieś foldery i ulotki, pracownik powie jak dojechać do którego dworca, ogólnie jest pomocny. Wychodząc z budki będziesz zadowolony, tylko przy okazji prześmiardnięty tytoniowym dymem. Udzielający informacji nie czuje potrzeby wyjścia z papierosem na zewnątrz, co gorsze, jak byliśmy w środku cały czas palił. Za wiedzę 5, za kulturę osobistą 2. Dlaczego nie 1? Bo w Bośni jest rzeczą normalną palenie papierosów wszędzie gdzie się da, taki nawyk. Na przykładzie BiHu widać jaki postęp uczynili w tej kwestii Polacy.
Medjugorie - Informacja turystyczna mieści się po lewej stronie od kościoła. Dobrze wyglądający pawilon tuż obok supermarketu z dewocjonaliami. Siedzi sobie kobieta oddzielona wysokim biurkiem od petentów. Wydawać by się mogło, że siedzi tam za karę. Nie ma w ogóle ochoty udzielać informacji i każdego kolejnego klienta traktuje jak zło konieczne. Na pytania o której godzinie odjeżdżają autobusy nie zna odpowiedzi, czy w ogóle jeżdżą i dokąd też nie wie. Tyle, że to jako mieszkanka mogłaby już pamiętać. Na nasz wyraz twarzy niezadowolenia, robi jeszcze gorszą minę niż przedtem, a myślałem, że to już niemożliwe. Jedyne na co zdołała odpowiedzieć, to po pytaniu "to kto wie?", burknęła, że "może na poczcie wiedzą". Taaa...może wiedzą. To w takim razie w Tourist Info wysyła się listy. Tuż za nami weszła kobieta, Polka i zapytała gdzie można dać na msze za coś tam, odpowiedzi nie słyszałem, ale pomyślałem sobie, że jest to może informacja kościelna. Wtedy można to nazwać np. "punkt obsługi pielgrzyma", albo lepiej "kancelaria parafialna". Ogólna ocena za zachowanie i za udzieloną informację wynosi całe 0, słownie: zero.
O rozkłady jazdy, atrakcje turystyczne itp. rzeczy lepiej pytać mieszkańców, np ludzi u których się mieszka, tudzież w sklepach, może i na poczcie... Jak zapytaliśmy się w pekarze w Medjugorie o autobus to ściągnęli dziewczynę z zaplecza, całą umazaną mąką, i udzieliła nam konkretnej informacji. Może tak lepiej?
Co do znajomości języków tych osób się nie wypowiadam, bo zawsze pytał Sebastian w ich rodzimym języku, więc nie mieli okazji się wykazać.
sobota, 26 kwietnia 2008
Punkty informacji turystycznej w BiHu
środa, 16 kwietnia 2008
Goodbye Sarajevo!
Opuszczając Sarajewo...smutno było.
Spędziliśmy w tym mieście kilka dni, ze cztery, a jakbym w nim żył całe wieki. Powiedzieć, że podobało się to mało powiedziane. Takie było założenie, oczywiście można było zmienić plany, jednak gdzie indziej też coś na nas czekało, kto wie czy nie lepsze? Dylemat podróżnika - opuszcza pewne i spokojne, udaje się w nieznane. Opuszczając Sarajewo, opuszczaliśmy na dobre krąg kultury muzułmańskiej (stąd to zdjęcie), jechaliśmy do serbskiej części.
Był wczesny ranek. Pierwszy raz w Bośni padał deszcz. Pokropił, pokropił i przestał. Śpiące Sarajewo to gratka dla turysty, szkoda że doszedłem do tego opuszczając to miasto. Musieliśmy staszczyć ciężkie plecaki na dół, wsiąść do trolejbusu, pojechać do serbskiej części miasta, bo tylko stamtąd odjeżdżają autobusy do serbskiej części BiHu, jak i do Serbii. Kolejny powojenny absurd. Niewiele pamiętam widoków zza okna, bo spać mi się chciało, ale jechaliśmy przez dzielnicę ostrzeliwanych bloków, na które "naszywa się łaty".
Przy dworcu postój taksówek - takiego skansenu to jeszcze nie widziałem. W Republice Serbskiej właśnie to rzuca się w oczy. Bieda, niedofinansowanie. Serbowie zostali pozostawieni sami sobie, to taka kara za trzymanie z Rosją, pomoc poszła dla Federacji Bośni i Hercegowiny. Na niewielkiej hali dworca jeszcze pusto, autobusy będą odjeżdżały za jakiś czas. Do Trebinje jeden odjeżdżał wcześnie rano, następny około południa. W kasie wściekła kasjerka, chyba całą noc tam spędziła, ale zniżki studenckie daje, więc chwała jej za to. W tym samym czasie co nasz autobus odjeżdżał także drugi do Belgradu.
Jeden z oczekujących wdał się w krótką rozmowę z Sebastianem. Z tego co zrozumiałem, a Sebastian to potwierdził pytał nas co my za jedni, mając nas jednocześnie jak się wyraził za "ruskich sportsmenów". Zastanawiałem się skąd mu to się wzięło, że "ruskich" - bo nas podsłuchiwał, a tych sportowców to sobie ubzdurał, może ubrania, chociaż dresów nie posiadaliśmy, może to efekt wspinaczki z poprzedniego dnia w Visoko uczyniła z nas takich sportowców. Cóż. Oczywiście Sebastian uświadomił, że my som z Poljski i że jesteśmy zwykłymi turystami.
Niebawem odjeżdżaliśmy, autobus był zdezelowany, przednia szyba pęknięta, siedzenia rozlatujące się, a trasa przed nami długa. Nic tylko iść spać.
- Goodbye Sarajevo... - smutno wzdychając, przecierając śpiące oczy z nadzieją powrotu - tak bym to zagrał w filmie.
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Sarajewo - miasto otwarte i zamknięte
Temat zaproponowany przez Sebastiana na podstawie tekstu Dževada Karahasana stawiającego tezę i starającego się jej dowieść. Myśl przewodnia jest taka, że Sarajewo to miasto otwarte i zamknięte, inaczej można by powiedzieć, że jest różnorodne pod wieloma względami, co Karahasan próbował ująć w dwóch wyżej wspomnianych czynnikach.
1. Sarajewo jest zamknięte, ponieważ wzgórza tworzą swojego rodzaju pierścień.
Otwarte, ponieważ każdy może do niego przyjechać i nie powinien się czuć obco za sprawą wielokulturowości.
2. Strukturę zamkniętą tworzą mahale (dzielnice), gdyż podzielone są na część chorwacką, muzułmańską i serbską, otwierając się jedynie na daną społeczność. Otwarta dla wszystkich jest część miasta w dolinie. W centrum widoczna jest różnorodność, tam się pracuje, bawi, robi zakupy, tam toczy się wspólne życie.
3. Domy chorwackie i serbskie są otoczone z każdej strony płotem, tworzą aurę niedostępności. Otwarte są domy muzułmańskie, frontalne płoty są przeważnie niskie, z tyłu najczęściej nie ma ich wcale, czasem niskie żywopłoty.
4. Żeby nie było za pięknie z muzułmańskimi domami, to mają one sferę zamkniętą, przeznaczoną tylko dla domowników jak sypialnia i otwartą, dajmy na to pokój gościnny.
5. Kuchnia także stanowi świetny przykład dla udowodnienia tezy co jest otwarte, a co zamknięte. Dolma (coś jak nasze gołąbki) - farsz jest dokładnie zawinięty w kapuście bądź liściu winogron. Otwarta jest na przykład nadziewana mięsem papryka, której to potrawy nie sposób zapamiętać nazwy.
6. W tym punkcie scenariusz napisała historia najnowsza. W czasie gdy miasto było oblężone wyjazd z Sarajewa był niemożliwy. Było ono zamknięte dla zwykłych mieszkańców. Otwarte dla dziennikarzy, pomocy humanitarnej, wszelkich międzynarodowych służb porządkowych i obserwatorów. Poza tym w kategorii otwartości można ująć fakt, że miasto pomimo otoczenia i niesprzyjających ku temu warunków (brak mediów, zaopatrzenia sklepów, szpitali) funkcjonowało w miarę normalnie, czego świetnym, acz przykrym przykładem jest targowisko Markale. Miasto żyło także w wymiarze kulturalnym działały kina i teatry.
7. ? - póki co tyle - może któryś z czytelników ma jakiś pomysł?
niedziela, 13 kwietnia 2008
Begova džamija
Begova džamija lub dłuższa nazwa Gazi Husrev-Begova džamija. Słowo džamija oznacza meczet.
Dlaczego postanowiłem wyróżnić akurat tę świątynię i przyznać jej honorowe miejsce w postaci własnego posta na blogu? Jest kilka obiektywnych powodów m.in. taki, że jest to trzeci meczet pod względem wielkości w Europie, najważniejszy w Bośni i nie wiem czy nie na całych Bałkanach, poza tym jedna z niewielu, tej klasy budowli, udostępniona turystom.
Meczet został wybudowny w latach 1530 – 37. Jego twórca wzorował się na stambulskiej świątyni Ataki-paszy. Nad głównym wejściem rozpościera się sień, w której porozkładane są dywany. Niedaleko wejścia stoi šedrvan, czyli studnia zakryta drewnianą kopuła służąca wiernym do obmywania nóg. Po lewej stronie džamiji znajdują się turbety (są to muzułmańskie grobowce). Dodatkowo ważna częścią meczetu jest sahat-kula, wieża zegarowa, która właśnie wtedy przechodziła remont.
Jak pisałem Begovą džamiję można zwiedzać od wewnątrz. Działa to trochę na tej samej zasadzie co polski Sejm, czyli turyści wchodzą gdy nie ma posiedzeń. Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale do meczetu wejść można około godziny 17. Oczywiście obowiązują pewne reguły - tzn. "stosowny ubiór"(czyli zakryte części ciała). Przed budowlą pałętało się japońskie dziecko w stroju Supermana, więc tak raczej nie może być. Co opisałem i czego nie pozwoliły mi uwidocznić środki wyrazu proponuję zobaczyć na zdjęciach.




sobota, 12 kwietnia 2008
Świątynie Sarajewa
To kolejny temat którego nie da się nie poruszyć. Sarajewo to miasto w którym nagromadzenie świątyń jest chyba jedno z większych na świecie. W niewielkim promieniu od siebie stoją meczety, których jest najwięcej, kościoły katolickie, cerkwie i synagogi.
Nie jestem historykiem sztuki, aby wnikać we wszystkie te domy modlitwy od strony artystycznej, ale każda ze świątyń robi wrażenie na swój sposób, może meczety budzą lekkie znudzenie w krajobrazie, ale taki już urok tego miejsca. Jednemu z nich poświęcę więcej uwagi w następnym wpisie. W tej chwili przy pomocy zdjęć i słów staram się przedstawić religijny melanż wizytówki Bośni, Sarajewa.
piątek, 11 kwietnia 2008
Baščaršija, czyli Stare Miasto
W poprzednich postach wiele wspominałem o Starym Mieście, a tak naprawdę mało co napisałem na ten temat. Tak więc teraz, już prawie kończąc temat Sarajewa, napiszę trochę o Baščaršiji.
Wybudowana w XV-wieku za czasów Isa Beg Isaković, zniszczona przez pożar w XIX-wieku przez co dziś jest dwa razy mniejsza niż kiedyś. Władze komunistyczne chciały ją zniszczyć w latach 40. tych XX-wieku, ale na szczęście zrezygnowano z tych planów.
Ogólnie mówiąc jest to dosyć spory obszar o niskiej zabudowie. Harmonię zakłócają tylko liczne minarety wybijające w niebo. Obecnie na Starym Mieście prawie wszystko jest nastawione na turystykę, stąd sklepy w których można kupić pamiątki różnego pokroju, od plastiku po wartościowe przedmioty codziennego użytku w muzułmańskich domach. Poza tym jak ktoś lubi orientalne klimaty to może bardzo długo "błądzić" w labiryncie niewielkich ulic. Baščaršija to miasto w mieście, nawet dla turysty. Wiele hoteli i tanich noclegów znajduje się w jej obrębie, także sklepy, kramy, restauracje. Uroku tego miejsca nie umiem oddać słowami, może spróbują chociaż fotografie? Będąc w Sarajewie nie da się nie być na Starym Mieście, wszystkie drogi prowadzą na Baščaršije. Polecam zwiedzać wcześnie rano i pod wieczór.


czwartek, 10 kwietnia 2008
Mecz i ślub
W całym Sarajewie czuć pośpiech i wyczekiwanie,wcześniej niż zwykle zamykane są sklepy. Ludzie zmierzają w jednym kierunku - na stadion, mecz dzisiaj! Na szyjach szaliki, założone sportowe koszulki, wielkie trąby w rękach i głośne okrzyki. Kto nie ma auta próbuje złapać taksówkę, ale z tym może być problem. Taksówkarz też człowiek i zna swoje priorytety. Na to wychodzi, że piłka ważniejsza od biznesu.
W dniu meczu akurat zwiedzaliśmy okolice jednego z większych i piękniejszych meczetów (o tym innym razem), a także targowisko Markale. Wszędzie pustki, nieliczni turyści, czyli my jakby nie z tego świata.
Kto z kim grał nie pamiętam, za to okrzyki i klaksony cieszących się kibiców słychać było do późnych godzin nocnych. No i jeszcze jedno. Znajoma buregdžinica właśnie zamknęła swe podwoje, gdy do niej dotarliśmy. Całe szczęście, że jest jeszcze całodobowa pekara, bo jak to tak iść spać bez obiadokolacji?
Innym niecodziennym wydarzeniem, którego byliśmy świadkami w Sarajewie był muzułmański ślub. Kolumna aut nowożeńców i ich gości wyruszała akurat z okolic ratusza i Inat Kući. Cały świat musi wiedzieć cóż to za szczęśliwy dzień. Dlatego klaksony nie milkną, dlatego zielone flagi z gwiazdą i półksiężycem powiewają.
środa, 9 kwietnia 2008
Targowisko Markale
Na bazarze ruch jak zawsze. Kupcy sprzedają, klienci kupują, stragany uginają się pod ciężarem owoców i warzyw. Gdzieś na skrajach targowiska toczy się drobny handel, można tam dostać mydło i powidło, z drugiej strony staruszka zachwala kwiaty, inna proponuje kupić zioła. Jesteśmy w centrum miasta, niedaleko głównego deptaku dla turystów prowadzącego do najbardziej orientalnej Starówki w Europie, w pobliżu urzędy, ambasady. Tuż obok ulica z szynami tramwajowymi i oddzielająca chodnik od pojazdów bariera. Obecnie życie toczy się tutaj spokojnym tonem. Bazarowa rzeczywistość...
Nie zawsze tak było. Targowisko Markale bezsprzecznie może tworzyć jeden z bardziej krwawych rozdziałów historii najnowszej. Z tyłu placu na którym zaopatrują się mieszkańcy Sarajewa znajduje się bordowa ściana z wypisanymi białymi literami sześćdziesięcioma siedmioma nazwiskami ludzi, którym zabrakło szczęścia podczas robienia zakupów w południe 5 lutego 1994 roku. Wtedy na zatłoczony bazar spadł pocisk moździerzowy zabijając właśnie 67 osób, raniąc przy tym 197. Z prawej strony ściany z nazwiskami stoi kamienna tablica ufundowana przez mieszkańców Sarajewa mówiąca o tym co się tutaj wydarzyło, wskazując jednoznacznie winnych owego zajścia. Jednak kwestia sprawstwa masakry nie jest tak jednoznaczna. Odsyłam do książek. To nie koniec tragicznej historii targowiska Markale. Jeszcze w tym samym roku, 28 sierpnia, w kolejnym uderzeniu moździerza zginęło 38 osób, a 89 zostało rannych.
Dla mnie osobiście znalezienie się na targowisku Markale 13 lat po masakrze nabiera niesprecyzowanego symbolicznego wymiaru. Stojąc przed bordową ścianą z nazwiskami ofiar doskonale zapisany miałem w pamięci wieczór, dnia 5 lutego 1994 roku, właśnie poprzez to co się w nim stało. Jako ośmiolatek oglądałem wtedy wstrząsające sceny w "Wiadomościach". Niedawno natknąłem się przypadkiem na zdjęcia wykonane kiedy porozrywane fragmenty ciała ludzkiego leżały jeszcze w zgliszczach bazaru. Jedną z ofiar siła wybuchu rzuciła na barierę oddzielającą pieszych od jezdni. Tę samą, która do dzisiaj spełnia swoją rolę.
Symboliczny wymiar wiąże sie też z aspektem odległości. Kiedyś Bośnia była położonym gdzieś daleko krajem, obecnie można tam bezpiecznie pojechać, chociaż wielu ludzi zatrzymało się na etapie myślenia sprzed kilkunastu lat. Kiedy miałem niecałe osiem lat nie pomyślałbym że moja stopa nawet w nieokreślonej przyszłości stanie w tym miejscu.
wtorek, 8 kwietnia 2008
Inat Kuća
Inat Kuća, czyli Przekorny Dom. Wiąże się z nim bardzo ciekawa historia. Oto ona:
Dawno temu w Sarajewie zdecydowano się wybudować meczet dla pielgrzymów (hadžija), którzy wyruszali w długą podróż do świętego miejsca islamu, czyli do Mekki. Świątynię zamierzano wznieść na lewym brzegu Miljacki. Gdy wszystko było ustalone, okazało się, że jeszcze tylko jeden mały domek stanowił przeszkodę, gdyż znajdował się w miejscu przeznaczonym pod budowę.
Przedstawiciele władz miasta zapukali do drzwi gospodarza i powiedzieli mu, że trzeba zburzyć dom. Dostał propozycję wyboru innego, dowolnego miejsca w Sarajewie, gdzie w ramach rekompensaty miał być wybudowany jego nowy, dwa razy większy i dwa razy piękniejszy dom. Ku ich wielkiemu zaskoczeniu odpowiedź brzmiała "nie". Starzec powiedział miejskim włodarzom, że nie ma takiej ceny, dla której dałby zburzyć swój dom. Po wielu dniach usilnych przekonywań i gróźb doszło do kompromisu. Właściciel zgodził się, aby przeniesiono jego dom na drugą stronę Miljacki, cegła po cegle. Wkrótce taki sam budynek stanął po drugiej stronie rzeki, w miejscu dzisiejszego ratusza. Meczet Hadž (Hadž džamija) zbudowano, życie biegło swoim tempem.
Aż pewnego dnia nowe władze zdecydowały się wznieść budynek miejskiego ratusza. Pragnęli wybudować imponujący obiekt, który miał symbolizować spotkanie Wschodu z Zachodem w jednym miejscu. Kiedy ukończono wszystkie przygotowania, postanowiono, że jeden mały dom, trzeba usunąć z miejsca w którym ma zostać wybudowany ratusz. Zapukali do drzwi i wytłumaczyli gospodarzowi jaki jest cel ich wizyty. Ku wielkiemu zaskoczeniu usłyszeli taką odpowiedź: "Mój pradziad nie pozwolił zburzyć tego domu, więc ja też nie pozwolę. Jeśli chcecie to miejsce, przestawcie mój dom tam gdzie stał przed 200 laty." Wkrótce mały domek cegła po cegle został przeniesiony na stare miejsce, gdzie stoi do dziś i ładnie się prezentuje.
Teraz przydałby się w tym miejscu Hotel Marriott, tylko gdzie by tu przestawić Inat Kućę?
poniedziałek, 7 kwietnia 2008
Gra w szachy
Uliczna gra w szachy - to rozrywka jakiej można się oddać w Sarajewie. Nie jest to jakiś oryginalny pomysł bo podobne plansze widziałem już w kilku innych miastach, ale zawsze dla niektórych to jakaś atrakcja. Dla mnie praktycznie żadna, co widać będzie na zdjęciach.
Pomyślałem sobie, że dla socjologa może to być nie lada gratka w postaci obserwacji nastrojów i zainteresowań ludzkich. No bo ile można stać z buzią otwartą z ciekawości i obserwować, gdzie zawodnik przesunie pionek. Wśród gapiów ze świecą szukać kobiet i ludzi młodych, przeważają panowie w wieku, nazwijmy to średnio-zaawansowanym. Jedni stoją kontemplując każdy ruch, inni emocjonalnie chwalą się co oni by zrobili w takiej sytuacji (jak panowie poniżej).
Na tym samym placu znajdują się stragany z książkami, one bardziej przyciągnęły moją uwagę, co również widać na fotografiach. Szukałem tam dla zaspokojenia własnej ciekawości, polskich autorów, ale nic nie znalazłem. Nie byłem zaskoczony, gdy ujrzałem za to powieści Coelho i oczywiście Harrego Pottera. Poza tym perły literatury, seria która w Polsce ukazywała się z Gazetą Wyborczą, oprawa niemalże identyczna.
Zdjęcia jak doskonale widać wykonywał Sebastian, znalazłem się na nich przez przypadek. À propos zdjęć to wiele fotografii zamieszczanych na tym blogu jest autorstwa Sebastiana. Po prostu bardziej wgłębiał się w kulturę, twierdząc jednocześnie, że będzie miał własne fotografie do prac na studiach. Wyraził zgodę na ich publikację, za co jestem wdzięczny.
niedziela, 6 kwietnia 2008
Svrzina Kuća
Czym jest Svrzina Kuća? To tradycyjny dom muzułmańskich mieszczan z XVIII wieku. Aby do niego dotrzeć trzeba się wspiąć na górę, dokładnie do mieszkalnej części Sarajewa. Panuje w nim tradycyjny podział na część męską czyli selamluk, żeńską czyli haremluk i ogólną, nazwijmy ją gościnną. Dodatkowo dom posiada wewnątrz dziedziniec.
Wrażenie na mnie wywarła wielkość domu, a także przydział poszczególnych pomieszczeń określonym czynnościom. O bogactwie dawnych mieszkańców z pewnością może zaświadczyć wyposażenie domu. Wielość naczyń, dywanów, tkanin, pięknie zdobione meble. Na swój sposób urzekła mnie kuchnia wyglądająca niczym statek parowy.
Z tego co pamiętam Svrzina Kuća podlega pod Muzeum Narodowe Bośni i Hercegowiny, gdzie w części etnograficznej można zobaczyć "w pigułce" dom mieszczański w postaci jednej izby, w której dumnie zasiadają manekiny.




sobota, 5 kwietnia 2008
Vječna vatra
Vječna vatra, czyli wieczny ogień to miejsce w samym środku stolicy Bośni i Hercegowiny. Znajduje się na początku głównego deptaku, proszę wierzyć na słowo, nie da się tamtędy nie przechodzić i nie zauważyć. Można nie wiedzieć czym jest, ale to już inna sprawa.
Czymże jest vječna vatra? Przyznam szczerze, że sam musiałem zapytać kogoś bardziej kompetentnego w tej kwestii, czyli Sebastiana. Udzielił rady, także wiedza jest sprawdzona. Mieszkańcy Sarajewa określają często to miejsce mianem "guma koja gori" czyli palącej się opony. Coś w tym jest. Lampion ma okrągły kształt i może budzić takie skojarzenia, jednak po lepszym przyjrzeniu się zielona obwódka to wieniec laurowy wykonany z jakiegoś bezpiecznego w zetknięciu z ogniem materiału. Świadczy on rzecz jasna o zwycięstwie. Jak wiadomo ogień to w większości kultur symbol pamięci i trwania. Tak też jest w tym przypadku. Vječna vatra upamiętnia wyzwolenie Sarajewa podczas drugiej wojny światowej, a jednocześnie jest pewną oznaką istnienia i trwania państwa, bardziej w wymiarze ludzkim niż instytucjonalnym. Miejsce to także historyczny przykład jedności zamieszkujących te ziemie narodów.
piątek, 4 kwietnia 2008
Pozostałości po olimpiadzie
Temat niby na czasie. Ja nie mam prawa pamiętać, niemniej jednak w 1984 roku w Sarajewie odbyły się XIV Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Polacy specjalnie za dużo sukcesów na nich nie odnieśli, medali nie otrzymali wcale i można by skończyć ten smutny opis. Ciężko być może niektórym w to uwierzyć, ale o Sarajewie można obecnie spokojnie powiedzieć, że jest ośrodkiem sportów zimowych.
Infrastruktura z tamtych czasów częściowo zachowała się. Przy dworcu stoi tablica witająca sportowców z wilkiem Vućko, maskotką imprezy. Trochę farba z niej schodzi, a belki mocujące zżera rdza. Na dworcu, przy kasach biletowych, nad zegarem kolejna tablica Sarajevo'84. Zorganizowanie igrzysk to w dalszym ciągu powód do dumy. Inną pamiątką jest słup znajdujący się niedaleko stadionu z pięcioma kołami, symbolami olimpiady.
Jako ciekawostkę dodam, że Sarajewo ubiegało się o ponowną organizację Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku, przegrało z Vancouver.
Od 1984 roku nastąpiło sporo zmian w Sarajewie. Po pierwsze obecnie jest stolicą niepodległego państwa - Bośni i Hercegowiny. Aż chce się dodać podzielonego na dwie republiki. Stadion olimpijski Koševo przez ładnych kilka lat był cmentarzem, dzisiaj jego okolice to również cmentarz. Takie smutne zderzenie rzeczywistości z olimpijską ideologią pokoju.
czwartek, 3 kwietnia 2008
Klatka schodowa
Gdzieś, kiedyś chodząc po Sarajewie zrobiłem takie zdjęcie:
Fotografia bardziej z cyklu "życie codzienne", niż "z podróży", ale jest coś urzekającego w tym co przedstawia. Widoczne po środku szyny nazwałbym kolejką górską, dla mieszkańców to zwykła winda. Blokowisko wygląda jakby każdy lokal dobudowywany był oddzielnie, a poszczególni lokatorzy wykazywali się nadzwyczajną inwencją w tworzeniu własnego mieszkania. Jedne mają balkon, inne jakby taras, sąsiad z góry już tylko okno, kolejne wyglądają na nowsze i ogólnie na niezbyt duże. Symetrii tutaj nie znajdziesz. Najciekawszą rzeczą widoczną na tym zdjęciu jest brak jednolitej miary budynków. W kilku miejscach można zauważyć, że stykające się ze sobą bloki mają piętra na różnych wysokościach
Zastanawiam się czy to rozwiązanie z windami jest takie praktyczne, skoro niektórzy i tak po wyjściu z żółtego wagonu muszą wejść na górę kilka pięter. Z drugiej strony wolałbym mieszkać na górnych piętrach, gdyż tam jest dostęp do światła dziennego o czym mogą zapomnieć ludzie z dolnych kondygnacji wyżej położonych budynków. Ciekawe czy trudno mieszka się na osiedlu powstałym w taki sposób?
środa, 2 kwietnia 2008
Sebijl
Sebijl to według internetowych źródeł studnia znajdująca się na głównym placu Baščaršiji, czyli czegoś co do tej pory nazywałem Starym Miastem. Mi w głowie się nie mieści, że coś co leży na obrzeżu stanowi centrum, ale niech tak będzie. Jest to element najstarszego układu wodociągów w Europie, pochodzi z 1537 roku. Miejsce o tyle zwykłe, co niezwykłe, jedno z najbardziej rozpoznawalnych w Sarajewie, powiedziałbym nawet symbol.
Dookoła znajdują się niewielkie pawilony, może lepiej nazwę je sklepikami, oferujące głównie pamiątki m.in. azjatyckie zabawki z plastiku, dżezwy i inne naczynia, cytaty z Koranu oprawione w ramki i całą masę innych rzeczy na orientalną modłę. Coś o czym zapomniałem wspomnieć przy pisaniu o Mostarze, a co powtarzało się z uporem maniaka w innych miejscach to turystyczny hit tutejszych straganiarzy. Chodzi mi o długopisy w formie nabojów do broni. Za pomysłowość 5 punktów, za poczucie humoru 2,5, za takt 0. Moim zdaniem Sarajewo bardziej powinno stawiać na orientalizm, niż elementy historii najnowszej. One i tak prędzej czy później trafiają do świadomości turysty.
Przy okazji oglądania studni i poruszania się w tamtych okolicach dwukrotnie zaczepiała nas pewna blondynka, zdaje się narkomanka. Jej rozmowa zaczynała się w stylu: Mówisz po angielsku? skąd jesteś? -następnymi słowami to była prośba o 1 KM, Euro, czy wszystko jedno co tam masz. Za drugim razem jakoś szybciej skończyliśmy rozmowę, chyba nas poznała, żeśmy nie kumaci, do tego dusigrosze.
Przyszłym turystom jako alternatywę dla narkomanki polecam mieszczącą się w pobliżu cukiernię usytuowaną na rogu, vis a vis przystanku tramwajowego, narożny lokal tuż przy przejściu dla pieszych. Ciastka cholernie słodkie, ale większość ludzi to uwielbia. Przyznam się tutaj do jednego mojego zboczenia: jestem smakoszem bajaderek. Tak, jedni smakują wina, inni sery, jeszcze inni pasjonują się kuchnią poszczególnych krajów, a ja bajaderkami! Jem je w ogromnych ilościach, nie ma u mnie żadnego święta bez tego "śmieciowego" przysmaku. No i pierwsze co zrobiłem po przekroczeniu progów wyżej wspomnianej cukierni to szukałem bajaderki. Każdy słodki lokal je ma, bo przecież nic się nie może zmarnować. Ten też miał, pod nazwą bombice. Nazwa mnie wcale nie zaszokowała wszak u nas nazywają je bombami, kartofelkami. Małe w kształcie spłaszczonej kuli, smak przeciętny, żadnych powideł w środku, ale nie były też suche. Cukiernię polecam, bo było kilkanaście innych rodzajów ciast.
wtorek, 1 kwietnia 2008
Budynek Parlamentu
Płonący i ostrzeliwany budynek parlamentu w Sarajewie to jeden z najbardziej rozpoznawalnych wojennych kadrów w Bośni i Hercegowinie. Łatwo było nakręcić jego upadek ze względu na widok z okien ze znajdującego się po drugiej stronie ulicy hotelu Holiday Inn, gdzie rezydowali podczas wojny zagraniczni dziennikarze.
Na początek słowo wyjaśnienia. Jakże byłem zdziwiony, kiedy na świeżo odbudowanym budynku mieściła się tablica informacyjna iż jest to siedziba Rady Ministrów, a nie Parlamentu. Ten drugi znajduje się tuż obok, jest sporo niższy i dalej nosi ślady wojny. Aby było ciekawiej obydwa budynki mają ten sam adres, a pokazywane są zamiennie. Ciężko się w tym połapać. Dla jasności opisuję ten bardziej widowiskowy, czyli obecną siedzibę rządu.
Do niedawna jeszcze górujący nad miastem wrak, dzisiaj jest jednym z najbardziej wybijających się w podniebną przestrzeń i olśniewających wieżowców. Na tle okolicznej zabudowy wyróżnia go oczywiście wysokość, ale też ciekawy - morski kolor czy bijąca od niego aura nowości i tchnienie luksusu. Został odbudowany za sprawą Grecji o czym nie omieszkali przypomnieć płachtą z napisem. Aby nie było za pięknie śladami po kulach i zniszczoną elewacją straszy tuż obok siedziba parlamentu.
Wieżowiec jest zwrócony ku ulicy bokiem, dzięki czemu widać, że jest dwuskrzydłowy. Przestrzeń wokół siedziby Rady Ministrów pozostawia wrażenie pustki. Schodki i podjazdy wokół z pewnością dobrze mogliby spożytkować rolkarze i deskorolkarze, bo w momencie naszych odwiedzin jedynie protestujący ekolodzy rozstawili tam swoje tablice i namioty.
Miejsce na którym stoją budynki administracyjne jest niezbyt oddalone od centrum, trzy przystanki tramwajowe od Starego Miasta i zadziwiająco mało oblegane. Ale jest na to wytłumaczenie. Jeśli ktoś pragnie mieć zdjęcie z morskim wieżowcem w tle, może je wykonać z wielu punktów miasta, głównie chodzi mi o wzgórza, czyli nieoficjalne tarasy widokowe.
Ministrów i parlamentarzystów z pewnością nobilituje sąsiedztwo, mianowicie Fakultetu Filozoficznego (widać go na zdjęciu na górze) i Muzeum Narodowe Bośni i Hercegowiny.
Jadąc do Sarajewa nie wiedziałem zbyt wiele o tym mieście. Budynek Parlamentu był pewnym wyznacznikiem. Miałem wrażenie, że go znam. Nic bardziej mylnego! Żadne zdjęcie nie potrafiło oddać prawdziwego charakteru i wyglądu okolic tego miejsca. W pamięci miałem kilka filmów, które oglądałem o wojnie w Bośni. Zwłaszcza te pokazujące ostrzał snajperski, dźwięki świszczących kul z automatów, operatorów kamer próbujących nadaremnie znaleźć miejsca strzelców, ludzi chowających się za transporterami wojsk pokojowych. Czasem szybkie mignięcia pokazywały ofiary ostrzału, ludzi którzy nie zdążyli ukryć się, czasem rannych, których próbowano przenieść w miarę bezpieczne miejsce, czasem już niestety zabitych. Przeważnie były to dokumenty tworzone, aby pokazać, że ludzi skazano na życie w oblężonym mieście, w którym nie było wody, prądu, żywności, leków, krótko mówiąc miasta - piekła, z którego nie można było się wydostać i miasta, w którym fałszywy krok, wyjście na ulicę mogło oznaczać śmierć.
Takie sceny rozgrywały się między innymi przed budynkiem Parlamentu. Tutaj nagrano jak snajper zabił francuskiego żołnierza sił ONZ, w innym miejscu zarejestrowano taką scenę.
Stary budynek Parlamentu był pomnikiem wraz z którym spłonęły marzenia Bośniaków o pokoju w niepodległym kraju. Dążąc do całkowitego zniszczenia instytucji chciano pokazać, że nie świadczy ona usług na rzecz określonej grupy obywateli, chodziło o zaprzeczenie istnienia państwowości w takiej postaci. Dzięki medialności widowiska osiągnięto do pewnego stopnia pożądany skutek. Pozostaje mieć nadzieję, że odbudowany budynek rządu i być może naprawiony w najbliższym czasie Parlament będą w stanie utrzymać spokój i porządek w Bośni i Hercegowinie, w dalszej perspektywie także bez pomocy międzynarodowych organizacji.
poniedziałek, 31 marca 2008
Muzeum Narodowe w Sarajewie
Pełna nazwa instytucji brzmi Muzeum Narodowe Bośni i Hercegowiny (po bośniacku: Zemaljski Muzej Bosne i Hercegovine. Wybraliśmy się tam częściowo przypadkiem, a częściowo jednak z ciekawości, jak może wyglądać tego rodzaju placówka w Bośni i Hercegowinie. Tak naprawdę czynnikiem, który przesądził o odwiedzeniu tego miejsca była informacja w katalogu karty Euro 26, że dzięki niej wstęp mamy darmowy, więc dlaczego nie skorzystać, w Bośni oferta zniżek jest i tak bardzo uboga. No to wchodzimy, pokazujemy karty, a kobieta z muzeum patrzy jakbyśmy jej pokazywali butelki do zwrotu. Mówi, że bilety kosztują 5 KM, później schodzi do 1 KM. W pewnym momencie był już w nas pierwiastek rezygnacji, ale postanowiliśmy obejrzeć Zemaljski Muzej i zapłacić, pomyślałem wtedy, że tylko wrócę do Polski to napisze do Euro 26 i zapytam kto tutaj kogo robi w balona. Z drugiej strony z Sebastianem mieliśmy poczucie złapania Pana Boga za nogi, tak wspaniałomyślnie obniżyła nam cenę, tymczasem dzisiaj wszedłem na stronę muzeum i co widzę? Bilet studencki - 1 KM. Promocja!
Od razu powiem, że chwilowa wściekłość minęła, bo była to bardzo trafna inwestycja. Dlatego wszystkim przebywającym w Sarajewie polecam zarezerwowanie sobie kilku godzin i zwiedzenie Muzeum Narodowego.
Dlaczego? Myślę, że każdy znajdzie w nim dział, który go zainteresuje. Na początku jest wystawa archeologiczna, dla mnie najnudniejsza część ekspozycji. Jedyne co zwróciło moją uwagę w tej części to ciekawy pomysł na wypełnienie kamiennych szczątków za pomocą plastikowych modeli starożytnych kolumn i innych wykopalisk. Nie jest to jakieś nowatorstwo, bo można się z podobną metodą spotkać, ale z pewnością uatrakcyjnia formę przekazu poprzez zobrazowanie, że znaleziony fragment jest częścią całości. Opuściliśmy dział archeologiczny, robiąc sobie przerwę na dziedzińcu, na którym mieści się ogród botaniczny, fontanna z rybami i ławkami dookoła, a także część ekspozycji. Przed muzeum i na dziedzińcu są stećaki nazywane przez nas stećkami. Wspomniany ogród botaniczny na dziedzińcu nosi słusznie nazwę herbarium - de facto na nim rośnie kilka gatunków drzew, m.in. owocowych. Jak ktoś ma szczęście to i na słodki poczęstunek się załapie. My widzieliśmy tylko jak sprzed nosa pracownica muzeum "sprząta" nam dorodną, żółtą gruszkę.
No ale siedzieć nie można za długo, skoro jeszcze trzy części do obejrzenia. Trochę zmieniając kierunek zwiedzania, najpierw idziemy do działu etnologicznego, chyba najbardziej ciekawego. Tutaj stykają się różne kultury. Można zobaczyć przykładowe domostwa, wygląd izb mieszkalnych, instrumenty muzyczne, tkaniny, stroje, przedmioty codziennego użytku etc.
Dalej jest część "prirodne nauke", czyli nauki przyrodnicze. Mnie zadowala pobieżne obejrzenie tego działu, ale jak ktoś jest fanatykiem poszczególnych elementów natury czekają na niego makiety z wypchanymi zwierzętami, całe gabloty idące w tysiące eksponatów z minerałami z całego świata, w tym Poljski, z roślinami, z owadami, z motylami noszącymi na swych skrzydłach całe palety kolorów. Muzeum ogląda się przeważnie samemu, brak nadzoru, zakaz fotografowania, cisza... Tę ostatnią mąci jedynie budzący się z drzemki co jakiś czas wulkan.
Ostatnią częścią muzeum jest biblioteka, która nie obejrzeliśmy, bo właśnie ją zamykali. Dlatego nie powiem, czy biblioteka służy jako czytelnia i czy mieści się tam jakaś ekspozycja. Jedyne co wiem to to, że jej głównym eksponatem jest unikalna żydowska hagada z około 1350 roku. Przepadło!
Dodatkowo w czasie naszego pobytu w sarajewskim muzeum, w części przyrodniczej, znajdowała się okresowa wystawa eksponatów, głównie zdjęć i malowanych pocztówek związanych z projektami czeskiego architekta, Karela Parika, którego największym dziełem jest właśnie gmach Muzeum Narodowego Bośni i Hercegowiny.
Jeszcze raz zapraszam na stronę muzeum i do odwiedzenia go osobiście, czas tam leci niestety szybko, ale warto. My spędziliśmy tam prawie cały dzień.
niedziela, 30 marca 2008
Ilidża - źródło Bosny
Bosna to najdłuższa rzeka płynąca w całości w Bośni i Hercegowinie. Nietypowość źródła polega na jego bardzo widowiskowej formie. W obrębie dosyć dużego parku, otoczonego gęstymi lasami przemyka się rzeka tworząc niewielkie stawy i małe strumienie. Tuż przy niewielkiej grocie z której wypływa Bosna ludzie podchodzą z butelkami i napełniają je wodą, robią sobie zdjęcia. Park wokół rzeki to teren czysto rekreacyjny, różnicując jednak ludzi na grupy wiekowe. Dzieci mogą przejechać się niewielkimi samochodami, na kucach, działa też kąpielisko. Dorośli natomiast mogą posiedzieć w barze, napić się, zjeść potrawy z grilla, starszym pozostają ławki w cichszej części parku, ale one pozostają puste, bo większość ludzi siedzi obok samego źródła, popijając z plastikowych butelek wodę. Park sam w sobie jest dosyć obszerny, tworzy sieć zakątków, do których prowadzi cała masa alejek, mostów i kładek.
Poza tym na kilku straganach można kupić płyty z tutejszą muzyką, filmy. Wszystko jak na polskie warunki tanie, ponieważ na Bałkanach zjawisko piractwa nie jest jeszcze tak rozpowszechnione, pojęcie "podróbka" nie funkcjonuje, w związku z czym można kupić buty z logo znanych marek za 10 Euro, płyty CD za 2,5 Euro, MP3 niewiele drożej, filmy prosto z Hollywood za 3 Euro, nie mówię nic o perfumach, które natręci próbują wcisnąć prawie każdemu na Starym Mieście w Mostarze. Piszę teraz o miejscach typowo turystycznych, jak ktoś poszuka to znajdzie tańsze oferty. Taka refleksja mnie właśnie naszła, że biorąc pod uwagę koszty utrzymania, zwłaszcza żywności w BiHu, trzeba jakoś równoważyć przepaść finansową i stwarzać sobie namiastkę luksusu na miarę swoich możliwości.Żeby dojść do parku należy pokonać kilkuset metrową drogę porośniętą z obu stron drzewami, tworzącymi cień. Co jakiś czas przemykają się nią dowożące turystów do parku i z powrotem na parking dorożki. Na poboczach drogi zaczątki rozwoju infrastruktury turystycznej. W międzyczasie, w jednej z przecinających ulic widać bose cygańskie dzieci, niosące wodę ze studni znajdującej się po drugiej stronie drogi, później zaczepia nas mężczyzna w średnim wieku "prosząc" o wsparcie. Znowu wraca ten sam temat.
Pora wracać do tramwaju, zjeść burka, wejść na górę... warto było pojechać do Ilidży, choćby dla chwilowego odczucia różnicy pomiędzy spokojną, powolną naturą i tętniącym życiem miastem.




