Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blagaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blagaj. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2008

Śmietniki z Unii Europejskiej

Unia Europejska przeznacza najwięcej pieniędzy z wszelkich podmiotów międzynarodowych na pomoc biednym krajom. W Bośni i Hercegowinie najbardziej widowiskową formą pomocy, były kosze na śmieci i tablice informujące turystów co jest czym.

Owe tablice przyczepiane na obiekty zabytkowe nie były zbyt estetyczne. Przytwierdzony kawał przezroczystego szkła/plastiku z żółtymi literami, przeważnie sporego formatu. Z nimi spotkałem się tylko w Blagaju, widziałem dwa egzemplarze pomocy. Tam też siedziałem sobie na ławce zmontowanej i postawionej za pieniądze UE. Nic specjalnego, bez oparcia, zwykłe kilka desek złączonych, na lata to raczej nie posłuży. W Počitelju i wcześniej w Blagaju stały kosze na śmieci, również zakupione ze środków UE. Stoją one w takich miejscach, że zastanawiam się kto je opróżnia. Ale to już nie moje zmartwienie. Śmieszy mnie jeszcze umieszczana na każdym kuble tabliczka informacyjna, jest się czym chwalić. Poza tym inwestycja w ochronę środowiska słuszna sprawa, a może tak segregacja? Powyżej tablica na ruinach meczetu w Blagaju i znajdujący się obok kosz

sobota, 26 kwietnia 2008

Punkty informacji turystycznej w BiHu

Na chwilę proszę zapomnieć o chronologii wydarzeń mającej miejsce na blogu. Postanowiłem opisać jak się ma informacja turystyczna w Bośni i Hercegowinie. Korzystaliśmy z niej trzykrotnie - w Blagaju, Sarajewie i Medjugorie. Najczęściej źródłem naszych zainteresowań były połączenia autobusowe, bardziej szczegółowo interesowały nas konkretne godziny odjazdów.

Blagaj - Mała budka, która mieści się ona tuż przy zjeździe w dół do źródła Buny i Domu Derwiszów. Siedzi tam miły, młody chłopak, który w miarę orientuje się, co dzieje się w okolicy i starał się pomóc jak mógł. Bez rozkładu jazdy określił, kiedy przyjedzie autobus. Rozkład też się znalazł - w restauracji vis a vis przystanku autobusowego. Proponuje xero jakieś zrobić. Za dobre chęci 4/5.

Sarajewo - Tourist Info mieści się w jednym z kiosków sprzedającym pamiątki na Starym Mieście, niedaleko studni Sebijl. Informacja jest dobra, rzeczowa i konkretna. Pan tam siedzący ma rozkłady jazdy, można zaopatrzyć się w jakieś foldery i ulotki, pracownik powie jak dojechać do którego dworca, ogólnie jest pomocny. Wychodząc z budki będziesz zadowolony, tylko przy okazji prześmiardnięty tytoniowym dymem. Udzielający informacji nie czuje potrzeby wyjścia z papierosem na zewnątrz, co gorsze, jak byliśmy w środku cały czas palił. Za wiedzę 5, za kulturę osobistą 2. Dlaczego nie 1? Bo w Bośni jest rzeczą normalną palenie papierosów wszędzie gdzie się da, taki nawyk. Na przykładzie BiHu widać jaki postęp uczynili w tej kwestii Polacy.

Medjugorie - Informacja turystyczna mieści się po lewej stronie od kościoła. Dobrze wyglądający pawilon tuż obok supermarketu z dewocjonaliami. Siedzi sobie kobieta oddzielona wysokim biurkiem od petentów. Wydawać by się mogło, że siedzi tam za karę. Nie ma w ogóle ochoty udzielać informacji i każdego kolejnego klienta traktuje jak zło konieczne. Na pytania o której godzinie odjeżdżają autobusy nie zna odpowiedzi, czy w ogóle jeżdżą i dokąd też nie wie. Tyle, że to jako mieszkanka mogłaby już pamiętać. Na nasz wyraz twarzy niezadowolenia, robi jeszcze gorszą minę niż przedtem, a myślałem, że to już niemożliwe. Jedyne na co zdołała odpowiedzieć, to po pytaniu "to kto wie?", burknęła, że "może na poczcie wiedzą". Taaa...może wiedzą. To w takim razie w Tourist Info wysyła się listy. Tuż za nami weszła kobieta, Polka i zapytała gdzie można dać na msze za coś tam, odpowiedzi nie słyszałem, ale pomyślałem sobie, że jest to może informacja kościelna. Wtedy można to nazwać np. "punkt obsługi pielgrzyma", albo lepiej "kancelaria parafialna". Ogólna ocena za zachowanie i za udzieloną informację wynosi całe 0, słownie: zero.

O rozkłady jazdy, atrakcje turystyczne itp. rzeczy lepiej pytać mieszkańców, np ludzi u których się mieszka, tudzież w sklepach, może i na poczcie... Jak zapytaliśmy się w pekarze w Medjugorie o autobus to ściągnęli dziewczynę z zaplecza, całą umazaną mąką, i udzieliła nam konkretnej informacji. Może tak lepiej?

Co do znajomości języków tych osób się nie wypowiadam, bo zawsze pytał Sebastian w ich rodzimym języku, więc nie mieli okazji się wykazać.

piątek, 21 marca 2008

W oczekiwaniu na powrót do Mostaru

Przed powrotem do Mostaru zostało nam jeszcze trochę czasu, aby obejrzeć współczesny Blagaj.
Jest to miasteczko usytuowane wzdłuż drogi, niedaleko zjazdu do Domu Derwiszów i źródła Buny mieszczą się tam kawiarnie, sklepy, piekarnia rozsiewająca zapachy po okolicy i Izba Pamięci ludzi pochodzących stamtąd, którzy stracili życie podczas konfliktów w Bośni w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Mieści się ona w zwykłym parterowym lokalu użytkowym, niestety była zamknięta. W środku gabloty kto w którym roku zginął, czasem zdjęcia z nazwiskiem, często same nazwiska. Oprócz tego sztandary i manekiny ubrane w polowe mundury. Patriotyzm w wymiarze militarnym.

Mając trochę czasu do przyjazdu autobusu poszliśmy z Sebastianem w stronę mostu. No właśnie ma on swoją nazwę, ale nie przypomnę jej sobie (nazwisko na literę k.). W każdym bądź razie to zabytkowa przeprawa o której większość przewodników nawet nie wspomina, podobnie jak i o ruinach meczetu znajdującego się w okolicach tegoż mostu. Że są to zabytki dowiedzieliśmy się dzięki uprzejmości Unii Europejskiej, która wspiera BiH w jakże interesujący sposób, mianowicie instaluje m.in. plastikowe, ohydne tablice na zabytkowych obiektach. Kwestii pomocy planuję poświęcić cały post w przyszłości, więc się nie będę rozpisywał, ale jeszcze wspomnę, że posiedzieliśmy sobie z Sebastianem na ławce też ufundowanej przez UE i jak zwykle czas szybko zleciał, bo zawsze coś znajdzie się do konwersacji, czy do obśmiania, choćby te nieszczęsne, niewygodne ławki.
W Blagaju można obejrzeć także ruiny XV-wiecznego zamku Stjepan Grad, który
góruje nad miastem. Zadowolił nas pobieżny widok z dołu.

Po 19 przyjechał żółty autobus, widać było, że ludzie w domach mają rozkłady jazdy, bo wylegli na ulicę tuż przed odjazdem. Nie lepiej byłoby to zawiesić na przystanku? My wcześniej cierpliwie musieliśmy wesprzeć swoimi ciałami witrynę sklepową, przy której odbyłem rozmowę z Warszawą - to musiała być punkt 19, także "yellow bus" był chwilę później.

Wracając do Mostaru z ciekawością obejrzałem tamtejsze lotnisko. Małe, ale na tamte warunki widać wystarczające, w niedzielny wieczór ruch zerowy.

Tak minął pierwszy, całkowicie udany dzień w Bośni, w zasadzie w Hercegowinie.

środa, 19 marca 2008

W Domu Derwiszów

Na początek fotografia, która jest ciągiem dalszym poprzedniego wpisu, a jednocześnie wstępem do dzisiejszego.
Po próbie okiełznania natury postanowiliśmy zmierzyć się z tym co stworzył człowiek. Dom Derwiszów. To nie będzie raczej jakaś urzekająca historia. Wolę zamieścić kilka fotografii niż opisywać wrażenia z drewnianego domu, z cały szacunkiem dla powagi tego miejsca.

Na początek buty trzeba zdjąć, w samych skarpetkach, trzeszczące deski są wyłożone dywanami, więc nie ma się co martwić o drzazgi. Miałem wrażenie niestabilności tych desek, ale może to tylko moja katastroficzne domniemania, w końcu pomieszczenie na dole zaadaptowane zostało na kawiarnię i sklep z pamiątkami.

Także jak prawdziwy turysta wszedłem do każdego pomieszczenia, nawet do WC, zrobiłem kilka zdjęć, Sebastian chyba z kilkanaście, zajrzałem do każdej szafy, wyszedłem na balkon, usiadłem na kanapie, wygodny mebel. Przyznam szczerze, że analogicznie jak w powyższym opisie tak i na miejscu nie wykazywałem większego zainteresowania tym obiektem, szczególnie, że nie dane mi było zapoznać się bliżej z historią tego miejsca. Godne pogardy zachowanie. Bardziej mnie jednak zafascynował bieg wody, o czym w następnym poście. Póki co kilka zdjęć z Domu Derwiszów.

wtorek, 18 marca 2008

Jak okiełznać naturę aparatem?

Obawa o powrót na noc do Mostaru nie trwała długo. W Blagaju był punkt informacji turystycznej. Pracujący tam młody człowiek na 100% nie był niczego pewny, ale życzliwie odpowiedział, że jakoś koło 19 "yellow bus" powinien być.

Aby się dostać do miejsca, które chcieliśmy zobaczyć trzeba było przemierzyć jeszcze nieznaczny kawałek drogi piechotą. Takie połączenie ulicy, chodnika i boiska, czyli ulicy bez wyznaczonego chodnika na której dzieciaki grały sobie w piłkę.

W pewnym momencie dochodzimy do bramy. Obok niej na stołku siedzi sobie kobieta i sprzedaje bileciki. Byłem trochę skonfundowany, bo nie bardzo jeszcze wiedziałem za co mam płacić. Ale jak to zwykle dwie markice tu, dwie tam - wpadłem w panikę, że w tym tempie to mi pieniędzy nie starczy. No, ale kupiliśmy bilety, chociaż nie wiem co z nim zrobiłem, bo większość biletów z podróży posiadam. Po krótkim namyśle postanowiłem, że następnego dnia przyniosę swój stołek i ja będę pobierał opłaty. Gdzieś tam w okolicy bileterki narysowany był Dom Derwiszów, wtedy nie wiedziałem, że tak to się nazywa, ale przynajmniej dowiedziałem się za co płacę. Później stwierdziłem jednoznacznie: cały ten dom to żadna atrakcja przy tym co w Blagaju prezentuje sobą natura.

Po przekroczeniu bramy widok był zadziwiający. Odsyłam do zdjęć, bo niektórzy nie lubią opisów przyrody. W moim umyśle zaświtała i trwała w nim ułamki sekundy jakaś fobia - jaka nie wiem. Z pewnością nie była to hippopotomonstrosesquippedaliofobia, czyli lęk przed długimi wyrazami, ale coś w rodzaju lęku przed skałą wiszącą nad głową. Od razu pomyślałem: a jakby tak teraz to wszystko runęło? Dom Derwiszów stoi pod tymi skałami dobre kilka wieków i teraz miałoby nastąpić tąpnięcie? Dlaczego nie? Głos rozsądku podpowiedział: ale co tam, najwyżej walnie i tak nie ma gdzie uciekać. Pocieszające, że bileterkę też trafi!

Jako fotograf-amator uruchomiłem szare komórki kombinując, jak utrwalić grozę sytuacji, mianowicie owej skały wiszącej nad głową. Miałem z tym problem. Ale próbowałem! Oto efekty:


Podejście pierwsze "z narażeniem życia"Podejście drugie "bez narażania życia"Podejście trzecie "z Domem Derwiszów"Podejście czwarte "z oddali"

cdn.

poniedziałek, 17 marca 2008

Blagaj - sposób na mostarską nudę

Siedzieliśmy w amfiteatrze u podnóża Starego Mostu obserwując płynącą Neretwę o kolorze "nie do opisania". Zegarek wskazywał jakąś wczesną godzinę popołudniową, a nam poniekąd doskwierała nuda. Gdzie iść i co robić? To pytanie sobie zadawałem w duchu. Odpowiadałem, również w duchu, że najgłupsza rzecz z możliwych to bezczynne siedzenie i obserwowanie jak kolejny skoczek zaraz wyląduje w rzece. Tym bardziej, że nie czułem wtedy zupełnie zmęczenia, chęci były tylko brakowało pomysłu.

Właśnie w tym momencie Sebastian przewertował przewodnik i wyczytał, że niedaleko Mostaru jest miejscowość o nazwie Blagaj, w której znajduje się źródło rzeki Buna, później już na miejscu, dowiedziałem się także o Domu Derwiszów. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy.

Nie pamiętam po co dokładnie, ale wróciliśmy na chwilę do naszego mieszkania. Polaków, którzy nocowali z nami w jednym pokoju już nie było. Pamiętam, że mieli bardziej niesprecyzowane plany - może Kotor, może Medjugorje, może coś tam jeszcze. Tylko mapy nie mieli. Właścicielka mieszkania zmieniała po nich pościel. Sebastian wypytał ją jak to jest z dojazdem do Blagaja. Udzieliła informacji na tyle ile mogła, tzn. skąd odjeżdża autobus i jaki, ile kosztują bilety, no i mniej więcej określiła godzinę odjazdu.

Poszliśmy na przystanek, rozkładu oczywiście nie było - przyznam, że wtedy mnie to jeszcze dziwiło, poczekaliśmy jakiś czas, wystarczający, aby odechciało nam się podróży do Blagaja, jednak perspektywa spędzenia dalszej części popołudnia w Mostarze była dla nas nie do wytrzymania. W końcu około 16 w dali pojawił się autobus. Żółty Man. Dlaczego żółty? To proste - zakupiony w ramach pomocy dla BiHu przez Japończyków. Swoją drogą nie postarali się - przydałaby się klimatyzacja. Grunt, że przyjechał i dowiózł nas do celu. Jak wysiadaliśmy pojawiła się obawa o powrót...